Friday, October 3, 2014

Dublinskie poranki

Dni leca, godziny przez palce przeplywaja, a foty jak nie byly obrobione tak nie sa.
Za to w miedzyczasie w drodze do pracy ogladam mile poranki takie jak ten:


W tle po prawej przyladek Howth, po lewej kominy nieczynnej elektrowni Poolbeg.

Wednesday, February 19, 2014

obijajac sie w Wanaka

Daleko nie bylo z Queenstown, Wanaka jest tez za rogiem. Tu wszystko jest blisko, takie to male wyspy. Poobijalam sie tu dwa albo trzy dni relaksujac sie spacerami, czytaniem na trawie, i wygrzewaniem w sloncu.


Tu moje M1.



Zajrzalam do Muzeum Iluzji tez, tu byly takie fotki 3D.



Kocyk z Einsteinem, z boku widac a z przodu nie (za bardzo).



Wklesle czy wypukle? Oto jest pytanie!


Taki pokoj co mieszal z blednikiem. Wystarczy podloge pod katem ustawic a reszte dopasowac jakby byla rowna i juz sie nam pierniczy w glowie.



Tu taka smieszne zludzenie wielkosci czleka, ktore podobno tez we Wladcy Pierscieni wykorzystali.
Sufit nierowny a te kratki na podlodze tez sa pod katem.




I mieli tez labirynt!!! Trzeba bylo podejsc do wszystkich wiez, ale z odpowiedniej strony. Bardzo mi sie podobalo! Oczywiscie ciulasow nie brakowalo, ktorzy z wiezy krzyczeli do znajomych, gdzie maja isc.


Tu przyklad nie tego podejscia pod wieze.
'Nie to nie jest ten rog'. W sensie wieze byly w czterek rogach labiryntu, dla ulatwienia mialy rozne kolory. Bez tego byloby sie trudno polapac, czy sie juz tam bylo czy nie...




Taka ladna zjezdzalnia.



glodnym przelotem przez Queenstown - Fergburger

Po stosownym odpoczynku w Glenorchy czas bylo ruszyc w droge. Pierwszy przystanek zaraz za rogiem - Queenstown, juz tu bylam ale nie mialam okazji skosztowac slawnego tak dosc solidnie w okolicy Fergburgera. Chwile postalam czekajac az sie ktos zatrzyma na stopa, ale jak sie czlekowi nie spieszy i slonce swieci to nawet czekanie nie przeszkadza. Dojechalam w sama pore na lunch, bo jak wiadomo kazda chwila jest dobra na lunch ;)
Jak widac ponizej, miejsce jest dosc popularne, pewnie dzieki wzmiance w przewodniku Lonely Planet. Wtarabanilam sie z moimi pakunkami i po niespiesznym wybieraniu w kolejce pod spoconym okiem osoby przy kasie wybralam bardzo ryzykownie wersje tropikalna, czyli z ananasem.
Coz, dobry byl, nawet bardzo dobry! Miecho dobrze przysmazone, nic nie wypadlo, trzymalo sie w bulce. I takiego dobrego rozmiaru tez, dal sil na dalsza droge.




Saturday, November 16, 2013

Glenorchy

Wszystkie szlaki zaplanowane - zaliczone! Z niejaka duma, przypalonym nosem, i spoconymi plecami zlapalam autostopa z koncowki szlaki Routeburn do malej wiochy Glenorchy. Krotka jazda, krotka rozmowa - ok 30km. Kawalek dalej bylo miasto Queenstown - centrum atrakcji podnoszacych adrenaline, najslawniejsze miejsce orbitowania plecakowcow, tych imprezowych i tych skaczaco-latajacych. W zwiazku z iloscia ludzkiej masy na metr kwadratowy zwiazany z powyzszymi obowiazkowymi punktami do zaliczenia, nie palilo mi sie aktualnie zbytnio w tamta strone.

Glenorchy bylo spokojniejsze, cichsze, a pogoda ta sama.





Jak Ameryka, czyz nie? Taka pocztowkowa, z filmow.


Najmniejszy budynek biblioteki znany mi. A moze i na swiecie.


Ten niebieski po prawej - to moj schowek przed swiatem. Tu widok sliczny zanim sie wiecej ludzkosci zjawilo, ale mimo wszystko kacik mialam cichutki, a spania porannego i tak nie bylo, bo jak slonce zajrzy do namiotu, to nastepuje zjawisko natychmiastowej szklarni i trzeba sie wygrzebywac ze spiwora scierajac pot ze skroni katem reki.
W namiocie po lewej byla para Niemcow, urlopujacych bodajze po raz siodmy (albo dziewiaty...) w Nowej Zelandii.


Monday, March 25, 2013

Szlak Routeburn - 32km (pfff)

 Podsluchawszy i porozmawiawszy z innymi plecakowcami odnosnie podrozowania na stopa po tym pieknym kraju odwazylam sie i ja. I udalo sie! Dosc ciekawe uczucie jak czlek sie nie musi spieszyc na konkretna godzine na autobus, tylko sobie stoi i macha lapa. Nad twarza tez musze pracowac, by na zbojnice nie wygladac. Mialam klasycznie kartonowy znak, ale zapomnialam fotki zrobic.


  
Kibelek na krancu swiata. Nie da sie odfrunac.


Pogoda taka se.

 



Byl tez wodospad Earland'a - 174m.


A to tak daleko i na zoomie.


Pulapki te sa na szczury i lasice (albo cos podobnego), ktore wyjadaja jajka lokalnych niebieskich kaczek (juz chyba nawet zagrozony gatunek). Pulapek pelno wszedzie i na kazdym szlaku.


Przy chatce McKenziego bylo tez ladne jezioro. Ja przy rezerowaniu kempingu i chatki cos tam popapralam i zle zarezerwowalam, takze trza bylo kombinowac, gdyz ten sliczny szlak jest zapelniony spoconymi cialami ludzkimi. Bedac odwazna i dosc zdesperowana (niekoniecznie w tej kolejnosci) osobka, postanowilam rozbic namiot na dziko. Wymagalo to troche kombinowania, gdyz nie chcialam byc zauwazona i zapamietana przez pracownika parku (z reguly jedna sztuka przy chatach pilnuje porzadku), no i przez przypadkowych ludkow obok, co by nikt nie wspomnial mnie. Na szczescie namiotowisko bylo 10min za chata, a 20min dalej byla atrakcja turystyczna, czyli peknieta skala. W tej okolicy ja sie niewinnie pokrecilam z aparatem wyszukujac tajnego miejsca, by sie ukryc.




Plecak ladnie schowalam przed okiem ludzkim z lasu i chodzilam na okolo.


Miejsce znalazlam, ale poczekalam z rozbijaniem namiotu jakby w razie czego sie ktos przypadkiem przypaletal spacerujac po okolicy. Zjadalam sobie kolacje cicho oddychajac ukryta za skala. Puree z tunczykiem na dzis. Mniam.


Tu juz rozbita, widok z mojej namiotowej komorki.


W nocy lalo, ale nic mnie nie zjadlo, ani nie pukalo do namiotu.


Tak wygladam cala zadowolona, ze mi sie udalo.


 A tak sie naprawde czuje. Nie chcialam wzbudzac podejrzen i sie nie umylam przy kranie, a do jeziora tez sie nie pchalam, bo zimne pieronsko. Czulam sie lepko.



A las jak z bajki! Jakby lada chwila wlochaty hobbit mial wyskoczyc zza drzewa.




Po lewej, w dalekim rogu mialam namiot rozbity.


Poranna chmura dziala dosc na nerwy.


Ta ladna zielona sztuka dziobata nazywa sie Kea i wystepuje tylko w Nowej Zelandii. Smiesznie krzyczy, dosc glosno, i jest dosc ciekawym stworzeniem lubiacym byc dokarmianym i uwielbiajacym krasc rozne rzeczy i zjadac czesci gumowe w autach i nie majacym poszanowania dla ludzkich rzeczy (tu mala zapowiedz starcia Kea'i z moim namiotem w dalszej czesci przygod). 


Kibel - wersja podwojna, odrzutowa.


Po staniu przy malej chatce przystankowej na dole przez godzine, w koncu sie zmotywowalam i wlazlam na Stozkowe Wzgorze - solidna potna godzina do gory. Ale widoki byly przepiekne! Takze starlam pot z czola i sie pozachwycalam.






 Ale koniec koncow trza bylo isc dalej. Uff, kamienista droga byla, stopy bolaly.


Taki byl ladny piecyk w chatce. Ludzie naprawde nie wiedza, jak je obslugiwac. Jakies dziolchy palily przy drzwiach otwartych, jakby to bylo ognisko. Pff, prostaki ;)



Kibel w ciekawym wymiennym zbiornikiem.



No i doszlam. Taki maly i dosc przyjemny szlak na koniec. Juz mi wystarczylo tego chodzenia. Od tego czasu tylko na male przechadzki patrzylam.
 

A tu moja nagroda - gora zarla i piwo.